„Mistyfikacja”
Pierwszy raz mam wrażenie, że polska branża i „krytyka” przemówiła jednym głosem. Niestety w chórze wyrażając pogardę i obojętność dla „Mistyfikacji”, która do poprzedniego tygodnia miała niecały osiem tysięcy widzów. Nie czytałam wszystkich recenzji, bo przyprawiłoby mnie to o palpitacje serca, ale:
- W „Tygodniu kulturalnym” Michała Chacińskiego wszyscy z zaproszonych gości krytykują bezlitośnie. Zarzuty, które pojawiają się najczęściej. Anachroniczny w sposobie kręcenie i narracji – czy naprawdę każdy film musi być opowiedziany i nakręcony współcześnie? „Mistyfikację” rzeczywiście ogląda się trochę jak Teatr Telewizji, ale czy to naprawdę wielka wada? Dla mnie miła odmiana.
- Paweł Felis w CJG jedzie po bandzie, wszystko złe i na pohybel Koprowiczowi. Ale nie wiem czy w ogóle warto podejmować dyskusję z człowiekiem, który filmowi pt. MISTYFIKACJA zarzuca brak walorów edukacyjnych.
- Varga w Wyborczej pisze z pogardą o tym, że nawet nie będzie dotykał tematu filmu Koprowicza, bo to za prosty temat do pastwienia się nad.
Jestem w stanie zrozumieć furię wywołaną zniekształceniem obrazu ważnego twórcy czy postaci (sama ostatnio toczyłam pianę z okazji „Różyczki”, mimo, że reżyser podkreślał, że jego bohater to nie Paweł Jasienica), ale mam wrażenie, że w tych wszystkich miażdżących wypowiedziach nie ma odniesienia do meritum sprawy. A to szalenie ciekawa historia o tym jak postać żyje w czyjejś głowie, o obsesji, miłości i namiętności. Witkacy Stuhra rzeczywiście przypomina Smerfa Marudę, a szczyt jego możliwości w filmie Koprowicza to oglądanie nastolatek bawiących się hula hop, ale w tej historii najbardziej fascynujące są postaci Łazowskiego i Czesławy Oknińskiej. Maciej Stuhr stworzył chyba swoją drugą rolę po „33 scenach z życia” (filmową, na teatrze się nie wyznaję). I dawno nie widziałam aktorów mówiących z taką pasją o pracy nad jakimś projektem. A przy tej całej historii w tle jest świetnie pokazany PRL, agenciki, które mimo kolosalnych błędów wypływają po czasie na szczyt, jeszcze bardziej cyniczni i śliscy. Jest świetny Chyra (ostatnio po raz drugi jako agent). I to wszystko opowiedziane przy okazji, prawie mimochodem, o wiele bardziej trafne niż wiele filmów „na temat”.
„Życie czasem bywa znośne” znośne. Rozczuliła mnie Szymborska, która uwielbia kicz i pała miłością do Andrzeja Gołoty, a na organizowanych u siebie obiadach urządza loteryjki, w których można wygrać fanty przywiezione z całego świata. Świetne fragmenty z Allenem. Trochę zdziwiła mnie Kolenda-Zaleska, która jest błyskotliwą, hardą dziennikarką, a przez całość podchodzi do Szymborskiej na kolanach i chichocze jak nastolatka na wszystko co ta mówi (chociaż jak inaczej traktować Noblistkę). Wyjątkowo mnie też rozczarowało, że pali (tak, my neofici jesteśmy najgorsi).
Widziałam wczoraj „Mistyfikację” i jest to film szalenie ciekawy. Dość staromodny, czasami jak Teatr Telewizji, czasami pojechany po bandzie. Ale kino intrygujące, świetnie zagrane. Cieszę się na wywiad ze Stuhrem, który wczoraj tak sprawnie i zabawnie prowadził oglądane w tv Orły.
Ciepło, dobro, PIĘKNO.
Byłam w niedzielę pooglądać Malinkę w związku z czym dostałam potężny zastrzyk dobrej muzyki z najlepszej stajni w mieście aka Szymon Holcman music. Więc teraz przeżywam:
Ad. 1
Trochę mnie drażni, że teraz wszystkie teledyski młodych zespołów muszą być stylizowane na przegięcie i lata 80te, ale dla spokoju ducha tłumaczę sobie to w tym przypadku wysokością budżetów na klipy w Anglii. Momenty, które najbardziej lubię w muzyce (let me act like Greebo for once): jeden z nich zaczyna się dokładnie w 2:27.
Wczoraj byłam też obejrzeć czwarte dziecko mojej drogiej przyjaciółki, czyli syjama Bruna. Bruno jest trochę większy od ręki, wygląda jak goblin i terroryzuje całą resztę dzieci, czyli dwa większe koty i bardzo dużego psa. Wracając po kabackim oblodzonym bruku pomyślałam: ciekawe kiedy w tych butach się przewrócę, co spotkało się z natychmiastową reakcją rzeczywistości i wywinęłam bardzo malowniczego orła tłukąc sobie kolano na KWAŚNE JABŁKO i rozwalając rękę. Skoro już potrafię przewidywać przyszłość i gotować to widzę, że życie stwarza przede mną naprawdę nieograniczone możliwości.
Updejt: Właśnie zauważyłam na wordpressie co ludzie googlują trafiając na mojego blogaska i jest to piękne. Więc, uwaga: kiedy tatarak w kinach?, jak sie oswiadczyc, napisy rocknrolla, „rocknrolla”, wywiad, co robią sobie chłopcy w nocy.
I tym cudownym akcentem.
amusing and confusing
Mam trochę pracy, ale, że czuję się podle i w ogóle wszystko jest BEZ SENSU postanowiłam się zabrać za podsumowanie filmowe 2008 roku. Jest ono bardzo zgodne z tytułem notki, ponieważ większość rzeczy, które w roku ubiegłym były w polskiej dystrybucji, były już wielkimi zajawkami przed oscarowymi i raczej dużą radością końca 2007 roku, ale postanowiłam być dzielna, zrobić to po bożemu.
A więc zatem, kategoriami, po kolei.
Najlepsze filmy, jakie były w roku 2008 w polskiej dystrybucji:
- Spotkania na krańcach świata – cholernie mądry film Herzoga, który wzrusza, bawi i zmusza do refleksji. Powinni go pokazywać w szkołach.
- Aż poleje się krew
- 33 sceny z życia – zagrane tak, że zapiera dech w piersiach.
- Juno
- Paranoid Park
- Batman
Pierwsza piątka zdecydowanie najlepsza, miejsca na podium w sumie wymienne.
A dalej jest tak:
- To nie jest kraj dla starych ludzi
- Wanted – zabawa w czystej formie, chociaż momentami trochę za brutalne, ale MCAVOY.
- Rodzina Savage – prosty, dobry film
Tuż poza top 9:
- Opowieści z Narnii, Książe Kaspian – 8. w polskim box officie, dobre kino dla dzieci
- Wall-e – awwww
- Across the universe – cudna landryneczka
- Rezerwat – bardzo mnie cieszy sprawne, polskie kino. Nawet jak zakończenie zalatuje tanim sentymentalizmem
- American Gangster – fajne RETRO
- Pokuta – McAvoy
- Wojna Charliego wilsona – so funny and yet so witty
- Control – za wygląd
- Sierociniec
- Potosi – lubię usypiające dokumenty
- Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz – nadal się będę upierać, że nie lubię tego filmu i nudziłam się jak mops, ale jest w nim kilka scen, o których myślę do tej pory
- Elitarni
NAJGORSZE filmy 2008:
- Telenowela – bzdura, szkoda każdej minuty czasu spędzonego na tym badziewiu
- Speed racer – oczy bolą
- Skorumpowani – od spodu już nikt nie puka Panie Żamojda
- Seks w wielkim mieście – jak z dobrego, zabawnego i nawet mądrego serialu zrobić słodziutką do bólu zębów kaszankę z dowcipami na poziomie American Pie
- Rok 1612 – for fuck’s sake- WHAT were they thinking?
- Kochanice króla – jak z fascynującej historii zrobić żałosną telenowelę, gdzie całkiem dobrzy hollywoodzcy aktorzy są nieznośnym drewnem
Podkategoria specjalna w kategorii NAJGORSZE:
- Mała Moskwa – nie jest to aż tak zły film, ale należy się mu, za cały, absolutnie niezasłużony hajp, jaki wytworzono wokół niego. Lesio Żurek jako pierwszy uwodziciel bloku wschodniego – Boże, broń. Kino, w którym każda scena jest stworzona z chirurgiczną precyzją, żeby zmuszać widzów do wzruszenia. Niewiarydogna, słaba fałszywka. Jedynie dobra gra aktorów rosyjskich broni całości.
- Nieruchomy poruszyciel – podręcznik pt. „Jak zrobić absolutnie bełkotliwy film, a poźniej obrazić się na cały świat, że jest się niezrozumiałym, wielkim artystą”. Trudno odgadnąć czy się irytować czy współczuć reżyserowi.
Największy zawód:
- Quantum of solace – Bond, na którym ja sie wychowałam robił coś więcej niż bieganie i pościgi. Jak ostatni raz sprawdzałam (Casino Royale) to też miał coś więcej do powiedzenia. Jedyna przyjemność – Mathieu Amalric jako zły.
Największy whatthefuck:
- Gone baby gone – Casey rzeczywiście dobrze gra, ale nie widzę powodu, żeby aż tak się ekscytować.
Inne:
- Ładunek 200 – strasznie dobre, ale nie na moje nerwy, bestialstwo wylewa się strumieniami z ekranu, chyba najbardziej okrutny film, jaki kiedykolwiek widziałam
- Święta góra
- Kret
Festiwale:
Planete Doc Review
- Adwokat terroru
- No end in sight – miażdży
- Miejscy hakerzy
- Taniec wojenny
- Twarze – perła
Warszawski: najlepsze były jednak dokumenty, świetny film na rozpoczęcie (Walc) i zakończenie Festiwalu (Tulpan):
- Walc z Bashirem – takie kino nie zdarza się często, czapki z głów
- Heavy metal w Bagdadzie
- Król ping ponga – szwedzkie kino nadal klasa!
- Sita śpiewa bluesa – śliczne świecidełko
- Rosklidle
- The Wackness – DOBRO
- Próba generalna
- Tulpan – naprawdę wzrusza
Camarimage:
- Slumdog millionare (hell yeah!)
- Rocknrolla – Guy, cieszę się, że powróciłeś do zdrowych zmysłów
- W. – koszmarny, chaotyczny film, jeden z największych zawodów roku.
Więc jakby się Państwo zastanawiali, to tak już WSZYSTKO podsumowując, zgadzam się ze Złotymi Globami i krytykami z Los Angeles i za najlepszy film 2008 roku uważam Walc z Bashirem.

Byłam na Camerimage. I mimo, że Dagmara powtarzała dziennie jakieś 10 tysięcy razy, że Nowe Horyzonty to jedyny właściwy/ najlepszy festiwal, to nie udało jej się zabić mojego entuzjazmu (swoją drogą powinna zostać dożywotnio rzecznikiem Gutka). Było fantastycznie mimo kilku filmowych rozczarowań.
W sobotę była co prawda dość żenująca gala otwarcia, na której dużo prywaty i politykierstwa (Kropiwnicki kontrowersyjno-żenujący, wykrzykujący po angielsku przemówienie i parodiujący go Skolimowski), to było fajnie. Prowadziła Hania Lis, która wyglądała ślicznie, a włosy błyszczały jej JAK W REKLAMIE ODŻYWKI. I była Isabelle Huppert, która dostała nagrodę Kieslowskiego.
Z filmów: „Doubt” - biorąc pod uwagę fakt, że jest to pojedynek Philipa Seymoura Hoffmana z Meryl Streep to jest słabe (but, Amy Adams, well done! again!).”W.” – największe rozczarowanie. Oliver Stone pokazuje chaotyczną, naskórkową historię, z tanią psychologią pod wezwaniem skomplikowane relacje ojca z synem źródłem katastrofalnej polityki USA na początku XXI wieku. Josh Brolin świetnie udaje teksański szyk i styl, ale to jednak o wiele za mało.
Rocknrolla – o mamo, jak dobrze, Guy Ritchie znowu w formie. Plus naprawdę fajny Gerard Butler, Ludacris i Jeremy Piven w roli londyńskich producentów muzycznych i Tom Wilkinson, który jest moim ulubionym starym dziadem. Rocknrolla może mistrzostwem nie jest, ale jest bardzo sprawna, zabawna, dobrze zagrana i ze świetną muzyką. Bardzo mi ulżyło, rozwódź się Kochany na zdrowie.
Nadrobione Cztery noce z Anną. Rezolucja 819 – poprawny film telewizyjny, podejmujący ważny temat masakry w Srebrenicy, z Piotrem Adamczykiem w roli producenta, Karoliną Gruszką w bardzo pretensjonalnej roli i z masą drewnianego aktorstwa i okropnego kadrowania. Ale powtarzam, poprawny film telewizyjny, temat broni się sam i niesie źle wyreżyserowane historie. Dobrze, że takie filmy się robi, chociażby ze względów edukacyjnych.
„Miasto ślepców” – dużo rzeczy mi się podobało, świetnie nakręcone, ale nadal mam niesprecyzowane uczucia, raczej taka czwórka, świetna obsada, świetna Julianne Moore. Zabawne słuchanie po kłótni dwóch krytyków wyjadaczy, którzy wyzywali się od debili, jeden broniąc filmu, drugi mieszając go z błotem.
Elitarni – szybkie, dobre, Rio. „Spring 1941″ – dość przeciętne kino (patrz Rezolucja 819), tylko lepiej nakręcone, Joseph Finnes niestety ma jedną minę przez cały film.
Slumdog millionare – dobro. Mój kolejny ulubieniec w dobrej formie, publiczność biła brawo i wiwatowała dobre 5 minut, świetna historia, ekstra zdjęcia.
Na Camerimage najbardziej podoba mi się klimat, to jak publiczność przyjmuje cały pakiet festiwalowy. Podczas (krótkiego i ładnego, cóż za różnica z tegorocznym WFF) spotu festiwalowego widzowie zawsze bili brawo i WIWATOWALI, niezależnie o której godzinie nie odbywała się projekcja (worm, fuzzy feeling). Tak samo było w przypadku dobrych ujęć (scena pościgu w Rocknrolla) albo przy pojawieniu się nazwiska operatora na ekranie podczas napisów. Poznałam kilka wyjadaczy z branży, np. takich, co to byli redaktorami pism filmowych, które czytałam dziecięciem będąc. Tylko Łodzi jakby mało, bo tylko trasa Teatr Wielki- hotel, raz na chwilę na Piotrkowskiej i w Manufakturze.
Specjalne podziękowania dla Szefowej, za szeroko pojęty sponsoring;)
Zdjęć niestety prawie nie ma, więc tak ku pamięci, z telefonu:
Blaga!
Byłyśmy wczoraj z Alą i Sikorą na „Małej Moskwie” i jest to film słaby i nudny. I jak wcześniej sobie myślałam, że dali mu te Złote Lwy w Gdyni, bo jest to pewnie dobra komercha, wyciskacz łez i takiemu kinu też się należy (a nie ma większego orędownika dobrej komerchy w polskim kinie niż ja), to teraz się nie zgadzam.
Największym grzechem „Małej Moskwy” jest przede wszystkim nuda i absolutna niewiarygność postaci. A jeżeli film oparty jest na miłosnym dramacie głównych bohaterów, to po prostu musimy wierzyć w to co robią i czują na ekranie. Sama jestem w stanie popłakać się przy wielu okazjach, nawet na dobrze zrobionej, wzruszającej reklamie, albo programie telewizyjnym. Na Małej Moskwie nie drgnęła mi nawet powieka.
Jest w tym filmie kilka rzeczy dobrych, całość jest dość dobrze zagrana, szczególnie przez aktorów rosyjskich (jakoś trudno mi przełknąć Lesia Żurka jako wielkiego podrywacza). Muzyka i zdjęcia tworzą klimat miasta – więzienia, z którego nie sposób się wydostać i w którym ciągle jest się obserwowanym. Ale cała oś dramatu – absolutna blaga. I wszyscy tacy kulturalni, mimo wielkich emocji nikt nikomu w mordę nie da, nawet podczas przesłuchania. Ruscy ładnie wszystko wytłumaczą, a do przemocy przecież uciekać się nie będą.
I ta historia jeszcze opowiedziana i wytłumaczona do ostatniego zdania, nie pozostawiająca nawet najmniejszej szczeliny na zastanowienie się albo różne interpretacje. W jednej ze scen końcowych pokazuje się ta kukła Weronika Książkiewicz. Cóż to był za pomysł?! Mamy dramatyczną scenę, która jest kulminacją całej opowieści, może niech zagra ją JEDNA Z NAJGORSZYCH POLSKICH AKTOREK?
Ktoś mi klarował podczas jakiegoś wywiadu – bo wie Pani, ludzie z tego filmu wychodzili absolutnie zapłakani. Chyba musieli być na ciężkich narkotykach albo pokazano im inny film.
I jeszcze w dodatku wczorajsza impreza okazała się inaugruacją działalności nowego kina Luna i rautem na cześć MaxFilmu, prawdziwych rzeźników polskich kin. Podczas była wystawa pt. „Tu było kino”. Czemu to miało służyć? Patrzcie, takie ładne, stare kina, ładnie żeśmy je zaszlachtowali, co?
Co tam ostatnio:
- U mnie jest taka sytuacja, że ostatnio nie mogę pić. Wyjście z formy daje o sobie znać i alkohol szybko leci do głowy, zaczynam bełkotać, formułuje błyskotliwe wnioski pokroju „a ja jestem przeciwko globalnemu ociepleniu” i ledwo docieram do domu.
- Byli Niewinni Czarodzieje i był fajny koncert w podziemiach kamienicy na Smolnej. I szałowy dancing, gdzie większość publiki naprawdę się przebrała. Więc byli eleganccy panowie i olśniewające panie, Zygmunt katował opowieściami o podrywaniu kolejnych hetero chłopaków i zwracał się do wszystkich per Panie Inżynierze, Pani Profesorowo. Bardzo sprytnie ustawili podest o wyglądzie ringu na sali kinowej w Iluzjonie. Były dobre śledzie i piwo w śmiesznych, małych buteleczkach.
- Był szałowy koncert The Streets, Mike dał czadu, a ja posłusznie wykonywałam wszystkie polecenia ze sceny czyli go low! go crazy! Mike również sie na chwilę rozebrał (przyjęłam sytuację z honorem, czyli zaczęłam histerycznie piszczeć i wsadziłam sobie z ekscytacji pięść do buzi, co stojąca obok dziewczyna przywitała atakiem śmiechu) i zrobił stage diving, a Kasia go DOTKNĘŁA w GOŁE CIAŁO. A potem moje własne koleżanki poszły zapoznawać idola i były na imprezie na BACKSTAGE’U.
- Był Tomasz na prawie tydzień
- byliśmy na nieoficjalnych urodzinach Obiektu, które były tak nieoficjalne, że staliśmy w kolejce do wejścia 40 minut odmarzając sobie tyłki i marudząc pod nosem. Na urodzinach był dziki tłum ludzi i nastoletni, masakrycznie chudzi geje, którzy tańczyli w drewnianych klatkach na kółkach. Frapujący widok.
- Byliśmy na Złotych Kaczkach, na których, o dziwo, było bardzo fajnie, sprawnie i dowcipnie. Popłakałyśmy się z Martą jak Irena Kwiatkowska odbierała nagrodę.
- Widziałam kilka dobrych radzieckich (i ruskich) filmów na Sputniku nadrabiając zaległości. Ledwo zniosłam Pancernika Potiomkina z muzyką na żywo zespołu RH+, któremu moim zdaniem powinno się ZABRONIĆ GRAĆ. Ale ludzie bili brawo, więc może przesadzam.
- Widziałam Helenę, cóż za śliczne dziecko. Podczas mojej wizyty była przewijana i kąpana i darła się wniebogłosy, a potem zasnęła przy kazinym cycu. Wcale się nie uśmiechała tak jak na zdjęciach. Ten stan rzeczy tłumaczę sobie tak, że dziecko od razu wyczuło, że jestem najbardziej wyrozumiałą ciotką, więc postanowiło pokazać przynajmniej część swoich możliwości;) Dumni rodzice nadal cali, zdrowi i przy zdrowych zmysłach;)
- Z przygód Wallandera została mi tylko „Piąta kobieta”. Obecnie czytam (przedostatniego w kolejności, a pierwszego w serii) „Mordercę bez twarzy”, który ma inną tłumaczkę niż reszta książek. Tłumaczenie zgrzyta i Wallander nagle wypowiada słowa, które zupełnie do niego nie pasują. Czekam tylko jak na którejś z następnych stron z jego ust popłynie coś na zasadzie „hejka” albo „papatki”. Wyjątkowo też jak na siebie komisarz poświęca łobuzowaniu, ale przypuszczam, że to już akurat nie ingerencja tłumaczki.
- Zapomniałabym! Miałam wywiad z tym polskim reżyserem, co ostatnio zrobił thriller erotyczny. Poszło tak jak przewidywałam, czyli wywiad nie doszedł do skutku, reżyser jest psychopatą, kilka razy bałam się, że podczas spotkania mnie uderzy i przez czterdzieści minut kłociliśmy się w KARMIE. Jedno z gorszych doświadczeń, po którym czułam się jakbym miała stan przedzawałowy.
- Ale ZA TO w sobotę jadę do Łodzi na Camerimage!
Today is the day
Od kilku minut siedząc przy komputerze zastanawiam się kto tak skrzeczy i gada takie głupoty na CNN. Oczywiście okazało się, że to Sarah Palin, która właśnie zagłosowała na Alasce. Ja osobiście sprezentowałam dziś Barackowi swój status na facebooku, który co dwie godziny się updetuje i zachęca ludzi do głosowania na niego.
Dziś nastąpiła jakaś kosmiczna kumulacja, bo nie dość, że wybory, to za godzin dwie i pół koncert The Streets. Dziś też premiera jednego z najlepszych polskich, nie-polskich filmów ostatnich lat, koncertowo zagranych „33 scen z życia”. Z tej okazji miałam też rozmawiać z Julią Jentsch, ale ponieważ kosmiczna równowaga musi być, jednak nic z tego. Nie ma aż tak dobrze.
Wczoraj z kolei była premiera „Nieruchomego poruszyciela”, po której nadal nie mogę się otrząsnąć. Barczyk to sprytny i inteligenty człowiek, więc ładnie zrżyna cudze patenty. Film jest poza tym męczący i w moim przekonaniu zły. Ale mam ewentualne zrozumienie dla tych, którym się podoba. Na ten temat poza tym powstanie notka, z użyciem trudnych nazwisk i nawiązaniami do ANTONIONIEGO.
Byłam dziś na konferencji w sprawie tegorocznej nagrody im. Zbyszka Cybulskiego i bardzo, BARDZO chcę, żeby dostał ją Maciek Stuhr. Wszystko inne będzie złe i paskudne. Stwierdzam z całą pewnością, mimo, że inni nominowani to w większości I klasa aktorska, oraz nie widziałam obrazów, za które nominowani są.
No, a teraz, mimo mojego gigantycznego szacunku dla McCaina, mimo, że jest republikaninem:
Barack musi wygrać! So say we all!
Skończył się Warszawski i nagle jest mi smutno, że już po. Zawsze mam tak z Festiwalami, z których coś piszę, że się namęczę i napsioczę w trakcie, a potem pociągam nosem, że już koniec. Wbrew sentymentom i danym statystycznym (nowy rekord – 97 tysięcy widzów) jestem tegoroczną edycją zawiedziona. Mam wrażenie, że dużo było rzeczy bardzo przeciętnych, nudnych i po prostu słabych.
Z najlepszych: Walc z Bashirem, The Wackness, Król ping ponga, Tulpan, Sita śpiewa bluesa, Genova. Z dokumentów: Full battle rattle, Heavy metal w Bagdadzie, Slingshot hip hop. Smutno mi też trochę, że nie widziałam Palca bożego, Dnia pokoju i Szarona.
Analiza, przemyślenia i zestawienia tu:
http://film.onet.pl/0,0,1513723,1,600,artykul.html
Kilka prawd z Elementarza o życiu w dobie Festiwalu i jesieni:
- jeżeli mamy Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy, to znaczy, że Irmina jest chora
- nigdy nie kupuj tanich butów.
Świat przybiera także niespodziewany kierunek:
- będąc jeszcze w Budapeszcie nie mogłam sobie za cholerę przypomnieć jak się nazywa BRICK LANE
- wczoraj na dobre przeprosiłam się z kazachskimi stepami* i to za sprawą filmu PSYCHOPATY OD CHLEBA aka Siergieja Dworcewoja.
Dziś też pierwszy raz od ponad poł roku pracowałam poza domem. Nadal przeżywam ciężki szok.
*(moje podstawowe warning word w katalogach festiwali filmowych)
Smieszna owieczka stojaca na osmiorniczce z burakiem lub rzodkiewka w reku.
Budapeszt jest piekny, ale jak sie okazalo po dwoch dniach spedzonych w tym miescie, dzieki Bogu, nie az tak bardzo, jak wydawalo sie na poczatku. Takie polaczenie Wiednia, Paryza, Berlina i naszej Pragi (dzielnicy, nie miasta). Od ponad tygodnia mieszkamy w hostelu w samym centrum miasta, SERCU PESTU, niecale 500 metrow od rzeki, na wysokosci wszystkich atrakcji Budy.
Nasze wszystkie nocne wyprawy konczyly sie jakimis znajomosciami z dzieciakami mlodziakami. Wyprawa na KLABING ropoczela sie od zapoznania w kiblu w Macdonaldzie mlodej uroczej pary, ktora odtransportowala nas do poszukiwanego klubu. Po poznalismy w ichniej kebabowni czterech uroczych chlopcow (wygladajacych jak bohaterowie ostatnich filmow Van Santa), ktorzy po kilku pytaniach na zapoznanie (what the fuck are you doing in Budapest guys?), zaofiarowali nam swoja dozgonna przyjazn i oprowadzenie po fajnych miejscach (reallly posh clubs, only posh places, you know), co zakonczylo sie wyladowaniem w jednej z najgorszych mordowni, w jakiej mialam nieprzyjemnosc byc. STRASZNA muzyka, dje pokrzykujacy do bywalcow jak na imprezach kolonijnych, wegierskie dresy i rozneglizowane dziewczeta, czyli taki gorszy underground, Brighton w wydaniu hardkorowym, z najgorszym piwem na swiecie.
Innej nocy, kiedy wloczylismy sie po miescie i nagle zaprzestala nam dzialac czesc komunikacji miejskiej (nie jest to takie trudne, metro do 23), zapoznalismy uroczego chlopca w wieku mojego brata, ktory pod pacha dzierzyl „10 $ whiskey” i ochoczo przystapil do tlumaczenia nam jak mamy wrocic do domu, chociaz za bardzo nie wiedzial. Mlodzi, jak widac, mili, w przeciwienstwie do starszych. Na czterech recepcjonistow w hostelu mamy jednego milego, wiecznie pomocnego, Zoliego, ktory jest oczywiscie gejem. Co wiedzialam od samego poczatku, a potwierdzenie dostalam, kiedy pytalismy go o kluby, na co odpowiedzal slodko „I’m a bit different than you guys” i zaczal opowiadac o kolorowych miejscach z milymi transwestytami.
Z innych spostrzezen: Wegrzy narodem totalych obszczymurow. Nie wiem jak to mozliwe, ale mocz jest absolutnie WSZEDZIE, pod niejednym mostem wali niegorzej od naszego Centralnego. Sikaja bez zlitowania i selekcji, dostaje sie super knajpom w samym centrum i najokazalszym zabytkom. Przy okazji nie wiem jak to robia, bo jeszcze nigdy nie przylapalam nikogo na goracym uczynku, jest jednak niepodwarzalne, ze MOCZ JEST WSZEDZIE. Wszedzie tez sie pije (jedno zapewne konsekwencja drugiego). Na porzadku dziennym i nocnym sa ludzie zlopijacy alkohol. Nasza straz miejska by oszalala, policja tutaj nie zwraca uwagi i przechodzi obojetnie.
Jedzenie jest paskudne. No, but seriously, it is. Nie takie z knajpy, ale takie ze sklepu. Trudno kupic cokolwiek dobrego w miare sensownej cenie, chyba, ze z polska etykieta i dumnie oglaszam, ze jest tego troche. Od rybek w puszce prosto z Ustki, po ciasto w proszku fale dunaju i nasz soczek Kubus, ktory zwie sie tu Kubu.
Z innych opowiesci. Bardzo lubie wspomnienie szajbnietego pana handlarza ze Wzgorza Gellerta, ktory probowal nas naciagnac na cokolwiek i wreczyl Tomaszowi secret box i jak najety powtarzal z boskim wegierskim akcentem „Miiisterrrr open the box. Hungarian seciurity system!”.
Najwiekszym folklorem okazaly sie jednak odwiedzone dopiero dzis termy Szechenyi. Budynek zaczeto budowac w 1903 roku i generalnie czesc rzeczy sie od tego czasu nie zmienila. Szatnie sa czystym oldskulem. Kiedy pytalismy pana obslugujacego to ustrojstwo gdzie mamy isc sie przebrac, praktycznie wepchnal nas do najblizszego boksu powtarzajac „you are couple, you go together”. Po przebraniu podreptalismy grzecznie do pana, zeby zapytac jak ten cud zamknac i co mamy zrobic z naszymi super elektromagnetycznymi kartami, ktore dostalismy jako bilet wstepu. Pan spojrzal na nas pogardliwie, wrzucil karty do boksu, zamknal drzwi kluczem mowiac „remeber, 148″, dal nam numerek 144 i odszedl. Poza tym fajnie, duzo smierdzacej wody i starych ludzi. Podstarzali panowie grajacy w szachy w najcieplejszym basenie na dworze, rozne wodne atrakcje i spotkanie z panem od szatni, ktory obdarowal nas jeszce kilkoma madrosciami na odchodne.
Poniewaz jestem czlowiekiem, ktory potrzebuje planu, dzielnie i wiecznie dzierzylam przewodnik w rece (i doprowadzajac tym tomka do szalu), przygotowujac sie wczesniej do wypraw i wiedzac co ogladam i czemu. Raz tylko pomylily mi sie galerie, dzieki czemu spedzilam trzy godziny ogladajac wegierskie malarstwo na przestrzeni wiekow w Wegierskiej Galerii Narodowej, zamiast troche lzejsze i ciekawsze Muzeum Sztuk Pieknych. Z zadowoleniem moge na koniec oswiadczyc, ze z 31 waznych i historyczynych obiektow, obejrzelismy 28. Inna historia, ze mielismy jechac do Wyszehradu i Egeru, a nie pojechalismy.
Odkad tu mieszkamy nasze dormitorium nie bylo ani razu puste. Za soba w ramach wspolokatorow mamy: dwie niemieckie lesbijki, nieodzywajaca sie Kanadyjke, szajbnieta Brazylijke (ktora zrywala sie co rano o 6tej, pakujac sie i mowiac, ze wyjezdza, po czym pewnego dnia postanowila, ze zostaje jeszcze dwa dni dluzej. Kiedy wrocilam spod prysznica, she was gone for good), dwie Australijki, ktore juz od trzech miesiecy podrozuja po Europie i zabawnego Francuza, ktorego znamy od wczoraj.
Linki do fajnych miejsc, barwne opisy i poetyckie zdjecia po poworcie do domu. Stay tunned.

