Budapeszt jest piekny, ale jak sie okazalo po dwoch dniach spedzonych w tym miescie, dzieki Bogu, nie az tak bardzo, jak wydawalo sie na poczatku. Takie polaczenie Wiednia, Paryza, Berlina i naszej Pragi (dzielnicy, nie miasta). Od ponad tygodnia mieszkamy w hostelu w samym centrum miasta, SERCU PESTU, niecale 500 metrow od rzeki, na wysokosci wszystkich atrakcji Budy.
Nasze wszystkie nocne wyprawy konczyly sie jakimis znajomosciami z dzieciakami mlodziakami. Wyprawa na KLABING ropoczela sie od zapoznania w kiblu w Macdonaldzie mlodej uroczej pary, ktora odtransportowala nas do poszukiwanego klubu. Po poznalismy w ichniej kebabowni czterech uroczych chlopcow (wygladajacych jak bohaterowie ostatnich filmow Van Santa), ktorzy po kilku pytaniach na zapoznanie (what the fuck are you doing in Budapest guys?), zaofiarowali nam swoja dozgonna przyjazn i oprowadzenie po fajnych miejscach (reallly posh clubs, only posh places, you know), co zakonczylo sie wyladowaniem w jednej z najgorszych mordowni, w jakiej mialam nieprzyjemnosc byc. STRASZNA muzyka, dje pokrzykujacy do bywalcow jak na imprezach kolonijnych, wegierskie dresy i rozneglizowane dziewczeta, czyli taki gorszy underground, Brighton w wydaniu hardkorowym, z najgorszym piwem na swiecie.
Innej nocy, kiedy wloczylismy sie po miescie i nagle zaprzestala nam dzialac czesc komunikacji miejskiej (nie jest to takie trudne, metro do 23), zapoznalismy uroczego chlopca w wieku mojego brata, ktory pod pacha dzierzyl “10 $ whiskey” i ochoczo przystapil do tlumaczenia nam jak mamy wrocic do domu, chociaz za bardzo nie wiedzial. Mlodzi, jak widac, mili, w przeciwienstwie do starszych. Na czterech recepcjonistow w hostelu mamy jednego milego, wiecznie pomocnego, Zoliego, ktory jest oczywiscie gejem. Co wiedzialam od samego poczatku, a potwierdzenie dostalam, kiedy pytalismy go o kluby, na co odpowiedzal slodko “I’m a bit different than you guys” i zaczal opowiadac o kolorowych miejscach z milymi transwestytami.
Z innych spostrzezen: Wegrzy narodem totalych obszczymurow. Nie wiem jak to mozliwe, ale mocz jest absolutnie WSZEDZIE, pod niejednym mostem wali niegorzej od naszego Centralnego. Sikaja bez zlitowania i selekcji, dostaje sie super knajpom w samym centrum i najokazalszym zabytkom. Przy okazji nie wiem jak to robia, bo jeszcze nigdy nie przylapalam nikogo na goracym uczynku, jest jednak niepodwarzalne, ze MOCZ JEST WSZEDZIE. Wszedzie tez sie pije (jedno zapewne konsekwencja drugiego). Na porzadku dziennym i nocnym sa ludzie zlopijacy alkohol. Nasza straz miejska by oszalala, policja tutaj nie zwraca uwagi i przechodzi obojetnie.
Jedzenie jest paskudne. No, but seriously, it is. Nie takie z knajpy, ale takie ze sklepu. Trudno kupic cokolwiek dobrego w miare sensownej cenie, chyba, ze z polska etykieta i dumnie oglaszam, ze jest tego troche. Od rybek w puszce prosto z Ustki, po ciasto w proszku fale dunaju i nasz soczek Kubus, ktory zwie sie tu Kubu.
Z innych opowiesci. Bardzo lubie wspomnienie szajbnietego pana handlarza ze Wzgorza Gellerta, ktory probowal nas naciagnac na cokolwiek i wreczyl Tomaszowi secret box i jak najety powtarzal z boskim wegierskim akcentem “Miiisterrrr open the box. Hungarian seciurity system!”.
Najwiekszym folklorem okazaly sie jednak odwiedzone dopiero dzis termy Szechenyi. Budynek zaczeto budowac w 1903 roku i generalnie czesc rzeczy sie od tego czasu nie zmienila. Szatnie sa czystym oldskulem. Kiedy pytalismy pana obslugujacego to ustrojstwo gdzie mamy isc sie przebrac, praktycznie wepchnal nas do najblizszego boksu powtarzajac “you are couple, you go together”. Po przebraniu podreptalismy grzecznie do pana, zeby zapytac jak ten cud zamknac i co mamy zrobic z naszymi super elektromagnetycznymi kartami, ktore dostalismy jako bilet wstepu. Pan spojrzal na nas pogardliwie, wrzucil karty do boksu, zamknal drzwi kluczem mowiac “remeber, 148″, dal nam numerek 144 i odszedl. Poza tym fajnie, duzo smierdzacej wody i starych ludzi. Podstarzali panowie grajacy w szachy w najcieplejszym basenie na dworze, rozne wodne atrakcje i spotkanie z panem od szatni, ktory obdarowal nas jeszce kilkoma madrosciami na odchodne.
Poniewaz jestem czlowiekiem, ktory potrzebuje planu, dzielnie i wiecznie dzierzylam przewodnik w rece (i doprowadzajac tym tomka do szalu), przygotowujac sie wczesniej do wypraw i wiedzac co ogladam i czemu. Raz tylko pomylily mi sie galerie, dzieki czemu spedzilam trzy godziny ogladajac wegierskie malarstwo na przestrzeni wiekow w Wegierskiej Galerii Narodowej, zamiast troche lzejsze i ciekawsze Muzeum Sztuk Pieknych. Z zadowoleniem moge na koniec oswiadczyc, ze z 31 waznych i historyczynych obiektow, obejrzelismy 28. Inna historia, ze mielismy jechac do Wyszehradu i Egeru, a nie pojechalismy.
Odkad tu mieszkamy nasze dormitorium nie bylo ani razu puste. Za soba w ramach wspolokatorow mamy: dwie niemieckie lesbijki, nieodzywajaca sie Kanadyjke, szajbnieta Brazylijke (ktora zrywala sie co rano o 6tej, pakujac sie i mowiac, ze wyjezdza, po czym pewnego dnia postanowila, ze zostaje jeszcze dwa dni dluzej. Kiedy wrocilam spod prysznica, she was gone for good), dwie Australijki, ktore juz od trzech miesiecy podrozuja po Europie i zabawnego Francuza, ktorego znamy od wczoraj.
Linki do fajnych miejsc, barwne opisy i poetyckie zdjecia po poworcie do domu. Stay tunned.